niedziela, 25 kwietnia 2010

Jak powstała pracownia - czym się zajmujemy

Warsztat Otwarty
Pracownia Całodobowa
W czasie dorocznych konferencji Association of Teachers of Mathematics w Anglii w roku 1992 i 1993 razem z Kasią Burnicką oglądałem Workshop prowadzony przez Phila Boormana (członek honorowy SNM, umarł na początku 2010 roku). Urządzona w dużej sali połączonej z barem pracownia miała w nastroju coś z tradycyjnego pubu. Ze szklankami różnych napojów nauczyciele matematyki rozsiadali się w fotelach, dyskutowali, sięgali po papier, nożyczki, tekturowe wielokąty, rysowali, bawili się zgromadzonymi przedmiotami, które niekoniecznie przypominały nasze pomoce szkolne. Czasem do zabawy wciągani byli wszyscy obecni, np. trzymając się za ręce usiłowaliśmy rozsupłać długiego ludzkiego węża... Workshop to coś, co ze wszystkich wrażeń konferencyjnych najmocniej utkwiło mi w pamięci.
Przed Krajową Konferencją SNM w Poznaniu (1994) ktoś rzucił pomysł, by zorganizować podobną pracownię. Z pomocą – osobistym udziałem i wielkimi pudłami różnych materiałów (które już u nas zostały) – wybrał się Phil, wraz z nim Margaret Jones (Margaret jest również honorowym członkiem SNM). Zaproponowano, bym zajął się tą pracownią, od tamtego czasu zwaną Pracownią Całodobową. Do pracy chętna była natychmiast Kasia, wciągnęliśmy też Wojtka Rzewuskiego (szczególnie udzielał się też przez dwa lata mój syn Tadeusz, wówczas uczeń szkoły podstawowej). Na następnej Konferencji, w Łodzi, znów wystąpiła międzynarodowa grupa w podobnym składzie, często przesiadywał z nami Keith Windsor i Geoff Faux, zaglądali Ian Harris i Lyndon Baker.
W Pile (1996), kiedy angielska ekipa nie przyjechała, obawiałem się, że Pracownia będzie miała coraz mniej gości.
Tomek Gliszczyński, pracujący wówczas w pokoiku na najwyższym piętrze gmachu CODN, zwracał szczególną uwagę na grupy robocze i oddziały, otaczał je opieką, doradzał, zapewniał wsparcie materialne. Jego perswazje były konieczne, bym sie odważył ogłosić, że zwołuję grupę roboczą. Sięgnąłem po kartki ze spisanymi nazwiskami i adresami zgłaszających się już w Łodzi miłośników Pracowni, pierwsze spotkania odbywały się w Sulejówku w domu CODN, albo – jeśli tam było zajęte – w Śródborowie (w domu TSKŻ w P) lub w domu pallotynów w Konstancinie.
Dzięki pracy całej Grupy, ofiarnej załogi, Pracownia jest przez wielu postrzegana jako ważny punkt programu każdej Krajowej Konferencji.
Wypracowaliśmy nasz własny styl, Pracownia stopniowo coraz bardziej różniła się od angielskiego pierwowzoru. Atmosfera często bywa gorętsza niż pierwowzoru, choć zależy to od bliskości miejsc noclegowych – jak wiadomo, najlepiej się dyskutuje po nocach. O ile możliwości lokalowe to umożliwiały, Pracownia była czynna aż do „wyjścia ostatniego przytomnego”. Niestety, od pewnego czasu na przeszkodzie stają i znaczne odległości między miejscami noclegów, i sztywne warunki stawiane przez właściciela lokalu.
Grupa robocza
Okazało się, że do Piły nasi przyjaciele z Anglii nie przyjadą. Od 1996 Pracownia zależy tylko od nas. To w Pile usłyszałem, jak zaglądający uczestnik Konferencji powiedział: „o, to samo, co w zeszłym roku” i wyszedł. Był to dla mnie bardzo poważny sygnał. Rozpoczęły się spotkania grupy roboczej Warsztat Otwarty. Lista członków i sympatyków jest ciągle pisana na nowo, koledzy zmieniają zainteresowania, są coraz bardziej zajęci, przybywają następni zachęceni na Konferencji albo przyciągnięci przez kogoś. Na spotkania przyjeżdża nas nie więcej niż dwadzieścia osób.
Spotykamy się raz lub dwa razy w roku, choć zdarzają się lata, kiedy ustalenie daty dobrej dla dostatecznie dużej części z nas okazuje się niemożliwe. Najważniejsze jest przygotowanie nowych „stolików”, czyli nowych aktywności, które zainteresują i stałych bywalców, i nowych uczestników Konferencji. Wyszywanki zajęły taki nowy stolik w 1997 w Kielcach. Były też bryły plasterkowe, wachlarze, witraże. Ciągle dochodzi coś nowego z origami. Nie zdradzamy, co szykujemy na kolejną konferencję... W Kielcach grupa robocza przeżyła swój „chrzest bojowy”, w którym nie mogłem wziąć udziału, bo właśnie zachorowałem. Wiedziałem jednak, że grupa moich przyjaciół da sobie świetnie radę. Każdy, kto odwiedził Pracownię, może sobie przypomnieć uwijających się tam współpracowników. Meblowanie, zarządzanie sprzętem i materiałami, codzienne porządki i przede wszystkim kontakt z gośćmi Pracowni to bardzo istotna część naszej grupowej pracy. Cieszymy się, kiedy udaje się stworzyć atmosferę sprzyjającą wymianie inspiracji – goście i członkowie Grupy przynoszą swoje pomysły lub tylko dzielą się uwagami.
Pracownia była też nieraz miejscem, gdzie można było zobaczyć (często przy twórczej zabawie) gości ze świata, przesiadywał u nas Istvan Lenart, specjalista od plastikowych czasz i geometrii sferycznej, Bradford Hansen-Smith, genialny składacz papierowych talerzyków jednorazowych, Caroline Ainslie, „klown Banieczka”, budująca świetne modele przestrzenne z baloników, John Mason, sporo czasu spędził też David Cain i Harrie Broekmann.
Kasia od lat troszczy się o nasz magazyn – zapasy papieru, ołówków, klocków, nici i różnych tajemniczych przedmiotów. W czasach, kiedy mogliśmy korzystać z zaprzyjaźnionego transportu na konferencję przyjeżdżała furgonetka wypełniona materiałami. Dzięki temu pamiętamy bogaty wystrój Pracowni w Wiśle i jeszcze bogatszy w Międzyzdrojach, gdzie w sporej, pełnej światła sali mogliśmy „rozwinąć skrzydła”. O dekoracji Pracowni wiele w tamtych czasach myślała Krysia Burczyk, a „prace na wysokościach”, kiedy miało coś zawisnąć wysoko, były zajęciem Piotra Pawlikowskiego. Piotr ma potężną kolekcję modeli (o której sam świetnie umie pisać) przyciągających wzrok, intrygujących, kolorowych. A Krysia Burczyk, oczywiście, zawsze raczy wszystkich coraz ciekawszymi modelami origami. Przez wiele lat w Pracowni było miejsce dla wyszywanek Elżbiety Żórawskiej-Dobrowolskiej. Krysia Bakoń również zwykle dostarczała różnych drobnych modeli do zaprezentowania na ścianach. Pojawiały się i inne dekoracje – między innymi w 1999 roku przywieziono bardzo ciekawe prace z konkursu wyszywankowego ogłoszonego w szkołach podstawowych ówczesnego województwa katowickiego, były też związane z rozwinięciami okresowymi ułamków wyszywanki zrobione przez uczniów Małgosi Lesisz, prezentowaliśmy prace naszych studentów (Kasi i Janka). W 2002 roku zaczęły w Pracowni zadziwiać misterne pop-up-y Joanny Stasch, później Joanna pokazywała też swoje wycinanki, a także wyszywanki przestrzenne. Ola Gębura zajmowała się przeróżnymi pomysłami, m.in. wielokrotnie woziła ze sobą elektryczną kuchenkę i garnuszek z woskiem – jej warsztaty z geometrii jaja były jedyne w swoim rodzaju. Swoje miejsce w Pracowni ma też Dzidka Paludkiewicz, na ogół organizuje klejenie drewnianych sześcianików w większe kawałki, z których może powstać jeden sześcian 3 × 3 × 3, dzięki czemu każdy może zabrać ze sobą własną łamigłówkę.
W Międzyzdrojach w 2003 roku pięknie przygotowany przez Olę konkurs labiryntowy wygrał niezrównany Adam Makowski i przystał do naszej Grupy. W Łowiczu też odbył się konkurs, w którym zadania stanowiły „mieszankę firmową”. Był to jeden z wielu konkurs w Pracowni, ale żaden z pozostałych nie osiągnął takiego rozmachu. W Pracowni były też konkursy włączone w turę Gali Konkursowej obejmującą różne turnieje i współzawodnictwa.
Pierwszy labirynt w Międzyzdrojach był wyklejony na podłodze rok wcześniej według wzoru, jaki zaproponował Harrie Broekmann. Labirynt wymagający raczej refleksji niż refleksu.
Czasem pojawiają się eksponaty przyniesione przez kogoś spoza Grupy – w Łodzi wisiał ogromny naścienny kalkulator „czterodziałaniowy”, szkoda, że był to chyba jedyny prototyp; w Międzyzdrojach 2002 Pracownia gościła wystawę prac z lokalnego konkursu dotyczącego latarni morskich.
Dorota Kraska i Agata Hoffmann zwykle zajmują się jakąś grą, za każdym razem inną, np. kiedyś propagowały Superfarmera, czyli mutację słynnych Zwierzątek.
Grupa, ekipa Pracowni nie ma żadnej swojej hierarchii, każdy zajmuje się tym, co sobie wybierze, co uzna za potrzebne, na co ma ochotę. Dobrze jest wszystko umieć – wprowadzać w tajniki każdego „stolika”, zrobić dowolny model, umiejętnie skorzystać z gilotyny lub przykrawać na niej setki przystających karteczek, znaleźć wśród skrzynek kawałek sznurka, cyrkiel, nożyczki i kawałek „blue-tacka”. Oczywiście już od dawna nie ma takiego, co mógłby zapanować nad wszystkim, ale elastyczność jest ważna.
Trudno wymienić wszystkich, którzy od 1994 roku udzielali się w Pracowni i w Grupie, nie sposób też opisać wszystkie modele i aktywności, które prezentowaliśmy. Pewna liczba pomysłów „drzemie” w archiwum i rotacyjnie pojawia się na nowo. Trudno też opisać poświęcenie Koleżanek i Kolegów przy długim nocnym (i dziennym też!) dyżurowaniu. Wiele godzin pracy i gotowości pomocy dla innych.
Na spotkania Grupy uczestnicy przywożą swoje „zabawki”, pomysły, podpatrzone modele, a przede wszystkim chęć do działania, ręce skore do wyszywania, klejenia, składania papieru. Taszczymy ze sobą książki i fotografie, które mogą zainteresować kolegów, zainspirować, podpowiedzieć. Musimy też mieć trochę papieru, kleju, nożyczek, ołówków, zacząłem wozić ze sobą sporą gilotynę do papieru. Wymieniamy uwagi co do aranżacji poszczególnych stolików, dekoracji ścian, dyskutujemy, dopracowujemy pomysły, podrzucamy sobie i łapiemy inspiracje. Spokojnie także możemy się pobawić tym, czym bawią się goście Pracowni Całodobowej w czasie Konferencji.
W listopadzie 2000 zaczęliśmy współpracę ze Stowarzyszeniem „Dzielimy się tym, co mamy”. Spotkania naszej Grupy były połączone z warsztatami prowadzonymi przez nas dla młodzieży i nauczycieli wiejskiej gminy Łuków. Przyjazdy członków Grupy do wsi Gręzówka stały się swoistym świętem matematyki dla uczniów podłukowskich szkół podstawowych i gimnazjów. Za każdym razem robił na nas wielkie wrażenie entuzjazm młodych ludzi, przemożna chęć poznania tajników prezentowanych modeli. Kontakt z tą „publicznością” był dla nas bardzo ważny – choćby dlatego, że dzięki temu mogliśmy zdobyć pewność: nasza praca nie wiąże się tylko z zabawkami dla dorosłych... Do manualnych, geometrycznych, poglądowych elementów dodawaliśmy też zajęcia związane z ruchem, w stylu body math, animowane zwykle przez Kasię Burnicką lub Olę Gęburę. Pamiętamy też udział Basi Pfützner, zwłaszcza organizację jednych zajęć dla wszystkich dzieci, które przyszły (wtedy zamiast spodziewanych 60 miłośników matematyki zastaliśmy 120, potężne wyzwanie!). Po kilku wizytach w niezwykle gościnnej Gręzówce przerwaliśmy współpracę – akcje wymagały fenomenalnej kondycji, a miejscowi nauczyciele, choć energicznie namawiani i przekonywani, niechętnie włączali się w naszą działalność.
Próbowaliśmy podobnie działać w Pułtusku, gdzie wszystko na miejscu organizowała Jola Wałachowska. Tam odbyły się dwa spotkania. Pamiętam, jakie ciekawe pomysły dotyczące mozaik pokazała Krzysia Zdunek (często pojawiająca się na spotkaniach). Cała ekipa mobilizowała się dla uczniów, a wieczorami zajmowaliśmy się sami zabawkami i rozmawialiśmy do późnej nocy.
Bardzo sympatyczne były dwa spotkania w Małem Cichem, powiązane z niewielkimi wyprawami do lasu i w Tatry. Z sentymentem wspominam spacer Doliną Kościeliską w grupie przyjaciół z Grupy.
Ostatnio naszym głównym miejscem spotkań stał się zespół Gimnazjum i Liceum Akademickiego w Toruniu, gdzie można się naprawdę dobrze czuć.

Czym się zajmujemy
Głównym celem działania Grupy Roboczej „Warsztat Otwarty” jest organizowanie, urządzanie i animowanie Pracowni Całodobowej podczas krajowych konferencji Stowarzyszenia. Spotkania Grupy służą więc przede wszystkim zebraniu i przedyskutowaniu pomysłów, wymianie doświadczeń, projektowaniu nowych działań, by kolejna Pracownia zawierała dotychczasowe elementy w dojrzalszej formie i nowe propozycje dla odwiedzających ją gości. Jest to też okazja, by członkowie Grupy, bardzo zwykle zajęci podczas konferencji, mogli się sami zająć prezentowanymi w Pracowni aktywnościami. Możemy wtedy spokojnie sami bawić łamigłówkami, powycinać, pokleić, poskładać, powyszywać, i zobaczyć, co z tego wychodzi.
Ponieważ od wielu już lat nie możemy liczyć na finansowanie pobytu członków Grupy podczas spotkania (na początku działalności gościliśmy np. w ośrodku CODN), przez parę lat zbieraliśmy się tam, gdzie – w zamian za poprowadzenie warsztatów dla uczniów i nauczycieli – mogliśmy liczyć na nocleg i wyżywienie (Gręzówka pod Łukowem, Pułtusk). Ciekawe było łączenie naszej pracy z pracą środowisk lokalnych, weryfikacja naszych pomysłów, kontakt z młodzieżą. Dziś pracujemy raczej we własnym gronie, decydując się przyjeżdżać, nocować i żywić się na własny koszt.
W obu rozdziałach naszej działalności – w Pracowni i podczas wspólnej pracy w Grupie – zwracamy uwagę przede wszystkim na poglądowe metody nauczania matematyki. Propagujemy matematyczne rękodzieło i zachęcamy do angażowania ruchu, wzroku, zmysłu estetyki.

Janek Baranowski (Kasi Burnickiej dziękuję za pomoc w redagowaniu tego tekstu)
Mimo pozorów tekst został zamieszczony 5 grudnia 2010

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza